Ouvea, wyspa, która najbardziej przypomina raj

Standardowy

Ostatnia z Wysp Lojalności należących do Nowej Kaledonii – Ouvea – rozgromiła pozostałe najpiękniejszym turkusowym kolorem morza, najbielszym i najdrobniejszym piaskiem. Udało nam się zwiedzić wyspę w ostatni weekend i jakże piękny był to weekend na zakończenie mojego prawie rocznego pobytu na końcu świata…

Ten filmik mówi wszystko. Oglądajcie i cieszcie serca, bo nic piękniejszego nie sfilmuję przez długi czas :).

Ach, a z tym rajem to nie żarty. Ouvea tak się reklamuje wśród turystów – wyspa najbliższa rajowi.

Wieloryby w zatoce Prony

Standardowy

Jakiś czas temu wybraliśmy się z Julem, kuzynem Doktora, na jednodniową wycieczkę katamaranem, żeby obserwować WIELORYBY!

Płynęliśmy dość długo, z Noumei do Prony zabrało nam to 4 godziny, podczas gdy samochodem jedzie się 45 min… no ale dobra. Mieliśmy fajnego skippera Kanaka, który pod wielką czapą ukrywał długie grube dredy. Na statku była też jego córka, która przygotowała dla pasażerów kawę i herbatę. Pogodę mieliśmy ładną, aczkolwiek nie pełne słońce, a często niebo spowite chmurkami. Z jednej strony szkoda, że pogoda nie dopisała do końca, ale z drugiej trochę się cieszyłam, bo kompletnie zapomniałam okularów przeciwsłonecznych, a bardzo słoneczny dzień na wodzie może się bez nich źle skończyć.

Ledwo znaleźliśmy się za Wyspą Kaczek (Ile aux Canards), która znajduje się 5 minut od wybrzeża Noumei motorówką, a już zauważyliśmy stadko delfinów!

Znajdowały się zaraz przy katamaranie:)

delf

Ale nie o delfinach miało być, tylko o wielorybach! Nasz skipper cały czas słuchał cb radia, aż w końcu inne dwa statki się odezwały i powiadomiły, że wieloryby zmierzają dalej na południe, w kierunku Ile des Pins (Wyspa Sosen), ale że jeśli się pospieszymy, to je jeszcze złapiemy. Cała naprzód, motor w ruch i w końcu udało nam się je dogonić :)

A oto filmik z tej wyprawy zmontowany przez Jules’a z moimi drobnymi poprawkami:). Niestety, była duża fala przez co film trochę się trzęsie. W związku z tym duża część filmiku jest ukazana w zwolnionym tempie. Enjoy!

Koniec plecenia :(

Standardowy

Cóż, nadchodzi w końcu ten czas, kiedy trzeba wrócić na ojczyzny łono. Wylatuję w sobotę. Dzisiaj mamy wtorek i miałam swoje ostatnie zajęcia z plecenia.

Na całe szczęście udało mi się skończyć dłuuuugo plecioną torbę i efekt jest powalający ;).

Po ostatecznym skończeniu torby miałam jeszcze trochę czasu, żeby zrobić etniczną bransoletkę:

Oraz ozdoby na pacyficzną Wigilię :)

DSC07118

 

 

Bransoletka wyjątkowo przypadła mi do gustu, a że jest prosta do zrobienia, to postanowiłam sobie, że takie porobię w Polsce :). A może najdzie mnie jeszcze na zrobienie jakiegoś pudełka? W każdym razie kupiłam 10 liści pandanusa ( i do tego jedenasty gratis od Regine, która prowadzi zajęcia ;) ).

Wiadomo, rozstania są trudne, a te zajęcia z plecenia liści pandanusa dawały mi dużo radości. Spotykałam tam zawsze Claude-Mai, z którą sobie gadałyśmy i Regine prowadząca też była bardzo sympatyczna (chociaż z charakterkiem;) ). Przykro mi było się żegnać i jej przykro było tracić taką pilną uczennicę ;).

DSC07119

 

Pogadałam jeszcze trochę z Endżi, drugą Kanaczką po Claude-Mai, którą spotkałam na zajęciach. Jak się okazało, Endżi działa w kościele i prawdopodobnie przyjedzie na Dni Młodzieży do Krakowa na spotkanie z papieżem Franciszkiem. Jak jej opowiedziałam, że nieopodal Krakowa są Wadowice i że można zwiedzać dom rodzinny naszego papieża to aż oczy jej się zaświeciły. Endżi i jej siostra, która akurat też była na zajęciach opowiedziały mi, że dorastały mocno związane z wiarą katolicką i że Jan Paweł II był papieżem od czasów ich młodości, w związku z czym czują się do niego przywiązane. Co ciekawe nie mówiły o nim „Jean-Paul II”, tylko papież Karol :). Dałam Endżi mój adres, żeby dała znać, jak będzie chciała przyjechać. Fajnie by było jakbyśmy mogły się spotkać po dwóch, trzech latach po mojej kaledońskiej przygodzie w Krakowie :).

Następnie Endżi spytała, czy robiłam z pandanusa maty śniadaniowe, na co oparłam, że nie. Endżi zerknęła szybko do szafy obok i wyciągnęła 3 maty śniadaniowe i 3 wachlarzyki (takie jaki zrobiłam wcześniej sama) i wręczyła mi je mówiąc, że będę miała na prezent dla znajomych :). Okazuje się, że są to wyplecionki, które robili na zajęciach w zeszłym roku i których nikt nie odebrał.  Spytałam, czy jest pewna, że mogę je wziąć, a ona machnęła ręką i powiedziała, że nikt nie zwróci uwagi, no i że to jest do dania komuś, więc równie dobrze ja je mogę wziąć :)

Koniec końców, mam całkiem duży pandanusowy dorobek…. Tylko jak ja to wszystko spakuję do mojej walizki?!

 

DSC07128

Wyspa Maré i Wyspa Sosen (Ile des Pins) z Marion i Emilie

Standardowy

Po wielu nieciekawych przejściach z Movie Makerem i Youtubem, wreszcie udało mi się dodać ten przecudnej urody filmik.

Na filmiku najpiękniejsza z Wysp Lojalności – Maré – w pełnym słońcu! Na uwagę zasługuje szczególnie wyprawa na Shabadran, ukrytą plażę dostępną tylko po przejechaniu pikapem przez las palm kokosowych i półtoragodzinnym marszu/wspinaczce przez ostre koralowe skałki. Na końcu czekała na nas nagroda w postaci najpiękniejszej możliwej plaży: piękne turkusowa lagunka obsiana niewysokimi skałkami, a nieco dalej bariera koralowa, o którą rozbijały się fale. Zdumiewające.

 

Po antrakcie, czas na Ile des Pins, wspomnianą już Wyspę Sosen, która jest dość turystyczna, ze względu na bliskie położenie w stosunku do Noumei oraz piękne plaże. Wyspa Sosen była też miejscem, które często odwiedzała ekipa Koh-Lanty – francuskiej wersji reality show, w którym gracze starają się przetrwać w dziczy. W Polsce to się nazywało „Wyprawa Robinson”, zdaje się… W każdym razie wyspa i jej plaże piękne, a część tych miejsc można było zobaczyć na wcześniejszym filmiku z naszej wyprawy z Julem.

Ostatnia część filmiku to partie południa Grande Terre, charakterystyczne ze względu na czerwoną ziemię. Oczywiście sztandarowy już Park Błękitnej Rzeki z pięknym ptakiem Cagou, a następnie Yaté, które z Doktorem widzieliśmy już w Wielkanoc.

 

A oto filmik:

Mitologia i totemy

Standardowy

Wczoraj była piękna niedziela. Nic tylko jechać na plażę albo w jakiś niepoznany jeszcze kawałek naszej pięknej wyspy. Niestety tak się złożyło, że padł nam samochód i weekend był stracony. W związku z tym postanowiliśmy powłóczyć się trochę po Noumei. Centrum miasta było totalnie opustoszałe. Wszystkie sklepy pozamykane, nikt nie pracuje, nie trzeba chodzić do szkoły, piękny wolny dzień można spędzić przecież na plaży. Na szczęście Muzeum Nowej Kaledonii było otwarte!

Muzeum trochę zakurzone i eksponaty leżały w półmroku, ale nie brakowało przy nich opisów i paru legend Kanaków. W wielkiej sali natrafiliśmy na typową kanakową chatę wyłożoną matami z pandanusa i palmy kokosowej, gdzie mogliśmy usiąść i słuchać różnych opowieści wyświetlanych na telewizorze.

Przed chatą stało chyba dwadzieścia różnych totemów, symboli plemiennych, figur-strażników chaty i oraz elementów dekoracyjnych.

Jak już opowiadał mi jeden Kanak na Ile des Pins (Wyspa Sosen), chata zbudowana jest wokół głównego pala usytuowanego na środku, na którym wisi figurka strażnika. Dookoła poustawiane są mniejsze pale wspierające konstrukcję, a każdy z nich udekorowany jest symbolami rodu znajdującego się w danym plemieniu. W ten sposób bardzo symbolicznie ukazane jest życie społeczne w danym plemieniu: wódz jest głową plemienia, ale musi być wspierany przez rody. Chaty Kanaków są dość wysokie i mają formę stożka. Na samym czubku chaty wodzowskiej można zauważyć strzałę szczytową, która symbolizuje obecność wodza, a z praktycznego punktu widzenia, spina słomę położoną na chacie.

Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Nowej Kaledonii

W górnej części chaty, przy sklepieniu, jest miejsce duchów, mistyczna część życia Kanaków.

Rózne przedmioty były ukazane w gablotach muzeum, te codziennego użytku, i te używane od święta, do różnych ceremonii, tańców, czy obrządków.

Był jednak jeden przedmiot, którego historia najbardziej mnie zaciekawiła. Rzeźba noworodka.

Ze zbiorów Muzeum Nowej Kaledonii

Na szczęście udało mi się znaleźć zdjęcie tego samego przedmiotu na stronie muzeum (powyżej). Dla ciekawych, parę innych przedmiotów do obejrzenia tutaj: http://www.museenouvellecaledonie.nc/portal/page/portal/smp/expositions/expos_perm/objets_phares

 

Historia dość smutna, ale warta opowiedzenia. Kiedy kobieta Kanak jest w ciąży, tradycyjnie planuje się, że urodzi dziecko w chacie. Dziecko będące w brzuchu mamy nie ma jednak duszy. Mówi się, że dusza, tzw. „u” w języku drehu (z wyspy Lifou) opuszcza ciało zmarłego i dołącza do świata duchów, aż do momentu, gdy jest potrzebna by wejść w ciało dziecka. Proces ten zaczyna się, gdy kobiecie odchodzą wody, ale dusza zamieszkuje ciało noworodka dopiero od jego pierwszego krzyku. Przed tym momentem dziecko uznaje się za nieżywe (!!!). Na tym jednak się nie kończy. Dziecko oczywiście używa różnych dźwięków i specyficznego dla dzidziusiów gaworzenia. Nie jest to jednak jakieś tam nieznaczące trenowanie różnych głosek przez dziecko, a niezrozumiały dla ludzi język duchów. Dlatego też noworodek patrzy w górę, w część duchową chaty, gdyż jego duch tęskni za pozostałymi i nie chce zostać w świecie śmiertelników. Zadaniem matki jest zajęcie dziecka tak, by zaczęło spoglądać w jej stronę i przyzwyczajać się do ludzi. Czy nie jest to piękna historia? No ale nie wytłumaczyłam statuetki noworodka. Otóż, w przypadku, gdy matka umrze przy porodzie i zostawi za sobą żywego noworodka, Kanakowie chowają ją z taką statuetką dziecka w ramionach, by oszukać jej duszę. W ten sposób zmarła matka nie będzie wzywać duszy swojego dziecka z powrotem do świata duchów, gdyż będzie przekonana, iż trzyma swoje dziecko w ramionach. Brrr…