Monthly Archives: Styczeń 2013

Dzień w Koné

Zwykły wpis

Reszta dnia po przelocie nad Sercem Voh i następny dzień upłynęły nam na błogim wypoczynku, grillowaniu i opalaniu się.

Co prawda poranek był dość wczesny przez hałasujących i krzątających się od rana sąsiadów na campingu, ale 8:30 to nie tak źle na pobudkę. Szczególnie, że słońce świeciło już niemiłosiernie i w namiot zaczął przypominać piekarnik.

Okazało się, że naszymi sąsiadami jest spora gromada Chińczyków, którzy pracują nieopodal na największej budowie na świecie ;). Od rana więc rozpalili ogień i zajęli się krojeniem warzyw i mięs oraz pichceniem na wielkich wokach i garnkach. Pili też whisky. O 8:30 rano. (Pierwsze negatywne skutki upojenia alkoholowego już o 15:00!)

chińczycy

Na zdjęciu jest jakieś może 7-10% rzeczywistej liczby zgromadzonych Chińczyków.

Poranek dla doktora zawsze jest ciężkim przeżyciem, nokautem wręcz, a jedynym lekarstwem jest czarny szatański napój – kawa. Jednak większość naszych towarzyszy podróży, którzy wiedzieli co i jak wiedzieli również GDZIE jest mała butla gazowa z palnikiem i garnek na przegotowanie wody, pojechali z samego rana na sesję nurkowania.

Siedzieliśmy więc przy ławie wpatrzeni w słoik kawy rozpuszczalnej i już zaczynaliśmy się zastanawiać, czy wciąganie jej nosem rozwiązałoby nasz problem, gdy nieoczekiwanie, zupełnie niespodziewanie, mój doktor poderwał się, wziął dwa plastikowe kubeczki i podreptał w stronę Chińczyków.

Tu muszę wtrącić, że doktor jest osobą dość nieśmiałą i kontakt z innymi ludźmi nie jest dla niego łatwy. Widocznie jednak, był łatwiejszy niż poranek bez kawy. Podszedł, a ja za nim, żeby zapytać skąd są, co robią i czy mają wrzątek. Chińczycy niesamowicie mili, wszyscy w raybanach i z ipodami (made in China zapewne), pierwsi przywitali nas uroczym chóralnym „bąszuuuł” (bonjour), a  na pytanie czy mówią po angielsku odparli „of course”. Niestety wrzątku nie posiadali, bo akurat coś smażyli, ale pytali i pokazywali na jedzenie czy nie chcemy trochę. W duchu śmiałam się, bo nie ma to jak zapraszać Francuza-z-Francji do zjedzenia ciężkiej smażonej potrawy o 9 rano, podczas gdy jemu marzy się bagietka z konfiturką i czarna-jak-senegalska-noc kawa. Grzecznie podziękowaliśmy i wróciliśmy do naszych z pustymi kubeczkami.

Jednak wszystko skończyło się dobrze. Po 20 minutach mniej więcej, jeden z kuchcików zawołał doktora, żeby przyniósł kubeczki, bo zagotowali wodę. Skarby!

Po tak miło rozpoczętym dniu, udaliśmy się na plażę i od razu weszliśmy do wody. Właśnie to jest jedna z tych rzeczy, które tutaj są możliwe do wykonania. Albowiem można wykonać następującą czynność. Stanąć na plaży, złapać się pod boki, podziwiać błękitne morze i dwa jachciki delikatnie kołyszące się w zatoce, po czym po prostu zacząć maszerować w stronę morza, dotknąć stopą wody i pewnie wejść aż po kostki, kolana, biodra i rzucić się w wodę i zacząć pływać w mgnieniu oka i z uśmiechem na ustach. Żadnego przyzwyczajania się do wody, wejścia po kolana i gratulowania sobie w duszy odwagi i charakteru, nacierania się wodą po rękach, karku i brzuchu, żeby się łagodnie przyzwyczajać i nie dostać zawału serca rzucając się w wodę… Ten problem nie istnieje w tej części świata! Ha! :)

Mieliśmy za to inne problemy, na przykład komary i polujące na nie jaszczurki:

gecko

Ale ad rem. Dopłynęliśmy sobie do jednego z tych stateczków i wskoczyliśmy na podest (nie, nie znam fachowej terminologii). Byliśmy w zatoce, siedzieliśmy na brzegu stateczku tyłem do plaży, po obu stronach mieliśmy wybrzeże, a przed nami jasne, słoneczne morze.

DSC00291

Widok z campingu na zatokę

Popołudniu spacerowaliśmy sobie na plaży. Okazało się, że nie tylko nasi Chińczycy świętują, ale cała fabryka ma weekend integracyjny na campingach w tej okolicy. Spotkaliśmy więc jeszcze wielu Chińczyków i ludzi z innych kultur, każdy w swoim gronie.

Później w końcu wszyscy się zwinęli i my zaczęliśmy się pakować. Podzieliliśmy się na dwie grupy: tych, jadących dalej do Koumac i tych, którzy musieli wracać, by w poniedziałek iść do pracy w Noumei.

Mój doktor oczywiście wracał na dyżur do Noumei, a ja obrałam kierunek: Północ z dwiema koleżankami-doktorkami.

Tour de la Grande Terre – nowy film o wycieczce dookoła wyspy

Zwykły wpis

W tak zwanym międzyczasie doktor dorwał się do komputera i z moją małą pomocą zmontował piękny filmik, który reasumuje tygodniowy wyjazd.

Oprócz licznych przyjemnych lokacji na filmie widać dwie koleżanki, z którymi wyjechałam na wycieczkę. Enjoy!

Przelot nad Sercem Voh w szczegółach

Zwykły wpis

Musieliśmy wstać bardzo wcześnie, żeby dotrzeć na lotnisko w Kone na czas. Pierwszy lot był o 8:00, mój był następny ok. 9:00. Z campingu na lotnisko było jakieś 1,5 h jazdy, a trzeba było jeszcze zwinąć namiot, spakować manatki i coś przegryźć. Pierwsza poleciała Eloise. Kiedy zobaczyłam jak mała jest awionetka, którą miałam się przelecieć, serce podeszło mi do gardła. Jednak kiedy przyszła moja kolej i wsiadłam do samolociku, który wyglądał jakby go zrobiono z tektury, poczułam się pewniej. Wszystko dzięki Gilbertowi, który pilotował awionetkę. Robił to od 20 lat i naprawdę widać było, że wie co robi.

Przy okazji był bardzo otwarty i powiedziałabym, że na swój sposób miał trochę włoski charakter. Taki luzak, bez krępacji, no sama przyjemność.

Awionetka oderwała się lekko od ziemi i powoli wzbijała się w powietrze. Myślałam, że to będzie najgorszy moment podróży, który przyprawiałby mnie o zawroty głowy i mrowienie w brzuchu, ale o dziwo nie. Widoki były zbyt piękne by się bać.

Pobawiłam się trochę Google Maps i zakreśliłam mniej więcej trasę lotu. Oczywiście mało co widać, ale zaraz przejdziemy od ogółu do szczegółu.

Przelot nad Voh

Oczywiście większość z interesujących części widać w filmiku w poprzednim wpisie. Wszystko zaczęło się na lotnisku w Kone.

Następnie po pierwszym spojrzeniu na barierę rafy koralowej, która oddziela wyspę od granatowej głębi oceanu, zwróciliśmy się na moment w stronę lądu, by obejrzeć ciekawostkę. U stóp wioski kanak odnaleźliśmy wydrążony w koralowcach kanał. Służy on Kanakom z pobliskiego plemienia do wypłynięcia w morze w czasie odpływu. Inaczej statki szorowałyby dnem po koralowcach.

Wróciliśmy do podziwiania wszelkich odcieni turkusu. Woda w lagunie wygląda naprawdę… sztucznie. To znaczy pięknie, ale niemożliwie pięknie. Gilbert opowiedział mi, że miał klienta z Belgii, który zapytał go (i tu zacytował Belga ze wspaniałym belgijskim stereotypowym akcentem) dlaczego ta woda ma taki kolor. Gilbert odpowiedział mu podobno, że to są dwa różne rodzaje wody, która została wlana do laguny. Koleś podobno uwierzył :) .

Nagle jednak Gilbert pokazał mi granatową plamę na środku turkusu. Wygląda jak… staw pośrodku laguny. Jest to miejsce, w którym koralowce się rozpadły i otworzyły głębię oceanu, która się pod nimi kryje.

Wreszcie ruszyliśmy w stronę lądu, by zobaczyć słynne serce. Serce odróżnia się od reszty mangrove (lasu na wodzie) już coraz mniej. A u góry, między jakby połówkami serca widać mały strumień. Gilbert powiedział, że to dlatego, że serce cierpi. W końcu ludzie nad nim przelatują, ale nikt się nie zatrzymuje ;) podobno raz zrobiono w Sercu Voh sesję fotograficzną Miss Nowej Kaledonii… ale muszę trochę poszperać, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście.

Na klatce z filmu widać u góry stateczek wpływający w jedną z rzeczek, co daje punkt odniesienia co do wielkości Serca.

Serce i statek

Miejsce oznaczone na dużej mapie jako „krewetki” to wielka hodowla krewetek. Nie ma ich co prawda zbyt wiele w sklepach, najczęściej są to importowane z Nowej Zelandii i Australii mrożone krewetki, ale jeśli już dorwie się świeże, to znaczy, że przyjechały z tego miejsca.

„Fabryka” to największa na świecie jednostka przemysłowa. Jest to kompleks kopalni niklu i służy między innymi do transportu tego surowca. Nowa Kaledonia jest w czołówce światowej pod względem wydobycia niklu (bodajże 3. miejsce). Pracuje tam ok. 6000 osób. Obok fabryki mają mieszkania, a nawet kort tenisowy i boiska. Takie miasteczko. Dużo robotników to Kanakowie, ale także Chińczycy. O nich będzie przy okazji naszego campingu w Kone, gdzie spaliśmy wieczorem.

Na Google Maps fabryka jeszcze nie istnieje, więc czas na kolejny kadr z filmu:

chantier

W powyższym kadrze widać część mieszkalną fabryki, a u samej góry biały pasek, który prowadzi w góry: jest to taśma, która transportuje surowce.

chantier2

I voila. Następnie przelecieliśmy ponad wzgórzami i miękko wylądowaliśmy na płycie lotniska. Wszystko w mniej więcej godzinę. To była jedna z najlepszych przeżyć EVER. Wspaniałe Serce Voh, o którym nawet nie śniłam, że zobaczę je na żywo. Wspaniała rafa koralowa w intensywnych turkusach. Żyć nie umierać.

Przelot nad Sercem Voh

Zwykły wpis

Oto wreszcie zmontowane video z przelotu nad niesamowitą barierą rafy koralowej i Sercem Voh. Lot trwał trochę ponad godzinę. Pilot Gilbert był wspaniały, bardzo miły i wszystko pokazywał i wyjaśniał. Myślałam, że start awionetki będzie masakrycznym przeżyciem, ale nie ma nic wspólnego ze startem Boeingów czy innych wielkich pasażerskich samolotów. Wszystko odbyło się bardzo łagodnie i bez problemów ani turbulencji :).

Dość gadania, pora na filmik. Polecam!

Tydzień wokół Grande Terre

Zwykły wpis

Uff! To był wyczerpujący, ale jakże bogaty w przygody i nowe doświadczenia tydzień!

Poświęcę na to parę wpisów na blogu, filmów i galerii zdjęć, bo za jednym razem po prostu się nie da.

Oto mapka naszej podróży:

Udało nam się wyjechać z Noumei w piątek około południa, bo doktor miał dzień odpoczynku po nocnym dyżurze w czwartek.

Pierwszy dzień był dość spokojny. Odpoczywaliśmy sobie na plaży w Poya i podziwialiśmy zachód słońca, ale już następny dzień był o wiele bogatszy w emocje. Jak wcześniej pisałam na blogu, miałam przelecieć motolotnią/awionetką/małym samolotem nad Sercem Voh. Wrażenia niesamowite, pilot wspaniały, filmik niedługo będzie zmontowany.

Następnie już bez doktora udałam się z koleżankami na północ, do Koumac, gdzie spędziłyśmy dwie noce na campingu. Przy okazji pozwiedzałyśmy małe zagubione plaże, pluskałyśmy się w bardzo ciepłej wodzie i odwiedziłyśmy pobliskie skałki.

Ostatni etap podróży to Poindimie, gdzie niestety padał deszcz i wszystko jakby sprzysięgło się przeciwko nam. Mimo wszystko udało nam się spędzić miło czas, a nawet wypożyczyć kajaki i popływać po rzece, wzdłuż której rosły palmy i wysokie bambusy i gdzie napotkałyśmy kilka dzieci kanak skaczących do wody. Niesamowite przeżycie. No to zabieram się z selekcję zdjęć i montowanie filmików.