Monthly Archives: Luty 2013

Akaroa – zatoka w kraterze wulkanu

Zwykły wpis
Akaroa – zatoka w kraterze wulkanu

Po dwóch nocach spędzonych w Christchurch, spakowaliśmy się i pojechaliśmy na lotnisko. Nie, nie był to najkrótszy pobyt w NZ w historii ludzkości – na lotnisku mieliśmy do odebrania autko. Autko było małe, ale wygodne. Miejsce kierowcy było po prawej stronie, gdyż w Nowej Zelandii jeździ się jak w Anglii, i żeby mojemu kierowcy było wygodniej, mieliśmy automatyczną skrzynię biegów. Muszę pochwalić mojego Doktora, że mimo stresu na początku bardzo szybko pojął jak się jeździ lewym pasem i jak się obsługuje automatyczną skrzynię. Okazało się, że najgorzej było mu zapamiętać, z której strony powinien wsiadać do auta. Drugim śmiesznym nawykiem było włączanie wycieraczek przy skręcaniu i włączanie kierunkowskazów gdy zaczynał padać deszcz.

Akurat muszę powiedzieć, że deszcz rzadko nam uprzykrzał życie w czasie wycieczki. Głównie mieliśmy pełne słońce. Dzielnie trzymając mapę, pokierowałam Doktora do pierwszego celu naszej podróży: miasteczka Akaroa położonego na przylądku Banks, na wschód od Christchurch.

 

Dawno, dawno temu, Akaroa leżała na wulkanicznej wyspie. W pewnym momencie wulkan wybuchł i zalał krater, a ziemia przysunęła się do lądu i stworzyła przylądek banks. W miejscu tak ładnym postanowiliśmy odpocząć i spędzić 2 dni.

IMG_4241

Pierwszego dnia chodziliśmy na spacery i zwiedziliśmy okolice włącznie ze starymi cmentarzami (katolickim, anglikańskim i francuskim).

IMG_4260

Trafiliśmy też na maleńką wioseczkę położoną na wzgórzu nad Akaroą, gdzie napotkaliśmy słodki mały kościółek katolicki z elementami sztuki maoryskiej. Kiedyś odprawiane były tam regularne msze, dziś służy tylko na śluby, pogrzeby i chrzciny.

IMG_4282

Samo centrum Akaroi składa się z paru domków we francuskim stylu kolonialnym (trochę jak biblioteka w Noumei w notce Noumea na co dzień). Jest kilka ulic z francuskimi nazwami.

IMG_4298

Jest parę restauracyjek z dziwnymi konstrukcjami francuskimi typu „Chez la mer” (u morza), a sklep mięsny nosi dystyngowaną nazwę „La boucherie du village” (miasteczkowy rzeźnik). Skąd ta francuskość? Ano zdarzyło się, że zawędrowali tutaj francuscy łowcy wielorybów pod nieobecność Anglików i tak już zostali. Anglicy z Francuzami nie za bardzo chcieli się kłócić o kawałek zatoki na końcu świata, więc żyli sobie w zgodzie. Nowa Zelandia stała się częścią imperium brytyjskiego, a w Akaorze to tu to tam i tak powiewały trójkolorowe flagi.

Następnego dnia postanowiliśmy zaszaleć i zaliczyć jedną z atrakcji, z których znane jest wschodnie wybrzeże Południowej Wyspy: pooglądać foki, błękitne pingwiny i delfiny Hectora! Wszystko na pokładzie pięknego żeglowca o nazwie Fox II ! Czyli w sam raz dla lisa kaledońskiego nowozelandzkiego!

IMG_4323

Czy wspominałam, że żaglowiec miał piękne czerwone żagle?

Mieliśmy dużo szczęścia, bo widzieliśmy masę delfinów i stado fok wygrzewających się na skałach. (Po pingwinach ani śladu).

delfin

foka

Wycieczka statkiem była bardzo udana. Wypłynęliśmy z zatoki na pełne morze i z powrotem, oglądaliśmy skały, klify i zatoczki. Było pięknie, a filmik z wyprawy niedługo zagości na blogu.

Reklamy

Air New Zealand – instrukcje bezpieczeństwa i Bear Grylls

Zwykły wpis

Air New Zealand wypuścił nową instrukcję bezpieczeństwa dla swoich samolotów. Nie ma już elfów i hobbitów, ale nadal jest zabawnie. Do tego, możemy podziwiać naturę Nowej Zelandii, roślinność chronioną w parkach narodowych i spotkać rangerów DOC (Department of Conservation: urząd ochrony przyrody). Ranger to w rzeczywistości niesamowity opiekun parków, który między innymi wytycza szlaki, przechodzi nimi codziennie, by sprawdzić ich stan dla turystów, naprawia jego elementy lub informuje o pogodzie:). Bear Grylls naprawdę świetnie się odnajduje w filmiku Air New Zealand i promując przyrodę NZ między innymi pożerając jednego ze słynnych świetlików (glow worms), które żyją w paru jaskiniach. Enjoy!

 

Christchurch – wiara i miłość

Zwykły wpis
Christchurch – wiara i miłość

Jesteśmy już w Nowej Kaledonii, więc czas poopisywać naszą nowozelandzką przygodę (przy pomocy 23 GB filmów i 1300 zdjęć… tak, poniosło nas trochę, ale to tylko świadczy o tym jak bardzo byliśmy zniewoleni pięknem Południowej Wyspy. Spokojnie, zrobię selekcję;) ).

Christchurch już udało mi się opisać wcześniej z hostelu. Czas więc na zdjęcia miasta, po części zrujnowanego, po części rozkwitającego.

Nigdy nie byłam w miejscu, w którym doszło do zniszczenia na taką skalę. I pomyśleć, że trzęsienie ziemi miało miejsce 2 lata temu… nadal ulice są remontowane, kanalizacja kompletnie do wymiany, w strefie odciętej  budynki do zburzenia, wszędzie gruz. Byliśmy w Christchurch także w drodze powrotnej, dzień po 2 rocznicy trzęsienia ziemi (22/02/11). Przy płocie odgradzającym zniszczoną strefę stali strażnicy. Gdzieniegdzie leżały kwiaty, zdjęcia ofiar i listy do nich.

Niedaleko katedry, głównego miejsca, w którym ludzie gromadzili się, by oglądać zniszczenie, władze przyczepiły tabliczkę informującą o zmianach jakie zajdą na zniszczonym terenie:

IMG_4184

Wizja. Centrum Christchurch stanie się kwitnącym sercem międzynarodowego miasta. 

Będzie czerpać ze swojego naturalnego i kulturowego dziedzictwa oraz umiejętności i pasji jego mieszkańców, aby wykorzystać szanse rozwoju i wprowadzenia innowacji.

Odbudowa będzie honorować przeszłość i zdarzenia, które ukształtowały miasto, jednocześnie odzwierciedlając najlepszą część nowego.

Jest to podejście, które słyszałam już w słowach recepcjonisty z hostelu. Podejście tutaj uniwersalne. Nie czuć krzywdy. Widać zniszczenia, można sobie wyobrazić konsekwencje i ból, ale wszystkie uczucia wokół skupione są na pewności, że będzie lepiej. Plakat napisany jest językiem pewności, nie nadziei, ale absolutnej wiary, że tak się stanie. Tak samo plakaty na innych zniszczonych budynkach: „Razem odbudowujemy miasto”, „Jutro jest tutaj” i wszechobecne napisy na murach czy znakach drogowych: „Kochamy cię Christchurch”, „Kocham Christchurch za…”. Na pewnym zamkniętym, zabytkowym moście w centrum miasta stoi łuk triumfalny upamiętniający ofiary obu wojen światowych. Łuk jest odcięty od reszty takim samym płotem jak strefa po zniszczeniu, gdyż możliwe, że grozi zawaleniem. Na płocie tabliczka z napisem: „Ten monument upamiętnia ludzi, których szanujemy za ich poświęcenie. Proszę uszanuj ten pomnik i nie niszcz go”. I wiecie co? Na łuku ani śladu tagów, graffiti czy bazgrołów ani żadnych plam czy puszek z piwem.

Krajobraz po katastrofie rozciąga się przez jakiś czas, aż do przedmieść domków jednorodzinnych, potem już plaża w New Brighton i jego piękne graffiti, wśród których znajdujemy to:

IMG_4220

Nie zginęliśmy. Życie wciąż się toczy! Mimo całego strasznego trzęsienia, przetrwaliśmy. Wciąż tu jesteśmy! Miłość + siła, którą pokazaliście jest tym, co sprawia, że to słodkie miejsce jest domem.

Część Christchurch jest zniszczona, co oznacza, że inna jego część żyje i rzeczywiście tam po prostu „życie toczy się dalej”. I jest pięknie. Jest rzeczka w parku, po której można pływać kajakami lub gondolami z eleganckimi przewodnikami. Jest piękny ogród botaniczny. Muzeum. Centrum miasta, które tętni życiem po prostu zostało tymczasowo przeniesione.

Christchurch – miasto duchów

Zwykły wpis
Christchurch – miasto duchów

Do Christchurch dostaliśmy się samolotem już mniej wypasionym niż międzynarodowy Air New Zealand. Na lotnisku czekał na nas busik, który zabrał nas i innych pasażerów do różnych hosteli i hoteli w Christchurch. Następnego ranka pierwsze co, to udaliśmy się na jako takie śniadanko, czyli kawusię i muffinka w kawiarence, która składała się z przyczepy campingowej i stoliczków.

Był to jeden z widoków, do których mieliśmy się przyzwyczaić będąc w mieście, które dwa lata temu ucierpiało w groźnym trzęsieniu ziemi. Poszliśmy zwiedzać centrum i okazało się, że… nie bardzo jest co zwiedzać. Jako główny organizator wycieczki byłam zaznajomiona z faktem, że było trzęsienie ziemi, ale nie wyobrażałam sobie nawet, że zniszczenia są na taką skalę! Centrum miasta z neogotycką katedrą jest całkowicie odcięte od świata płotem. Czas się tam zatrzymał, gdy dwa lata temu ludzie w pośpiechu opuszczali swoje sklepy czy hotele. Plakaty reklamowe na opuszczonym centrum handlowym przekonują, że sklepy są otwarte, a hotele, których progów nie przekroczył nikt od dwóch lat zachęcają do rezerwacji pokoju… Część budynków stoi podparta na wielkich żeliwnych palach, inne musiały być zburzone i na ich miejscu jest kupa gruzu, inne mają błagalne plakaty z prośbą o odkupienie budynku i próbę jego odnowienia, gdzieś dalej stoi dom, w którego oknach wiszą plakaty z namalowanym złamanym sercem i podpisem „nasz dom rodzinny”.

Wróciliśmy do hostelu. Powiedziałam recepcjoniście, że nie spodziewałam się takiego widoku i że jest to strasznie smutne. Chłopak pokiwał głową i z uśmiechem spytał czy widziałam budowniczych pracujących w odciętej sferze. Była niedziela, ale rzeczywiście z paru miejsc słychać było dźwigi i koparki. Potwierdziłam. „No, za parę lat Christchurch będzie jak nowe” odparł przekonany o prawdziwości swoich słów.

Wskazał nam również miejsca, które warto zwiedzić, między innymi piękny rozległy park botaniczny, muzeum i parę zabytków. Park zrobił na mnie ogromne wrażenie, gdyż był naprawdę wielki, miał dużo trawiastej przestrzeni, gdzie można było piknikować. Były też stawy z kaczkami i liliami wodnymi, rzeka, po której można było pływać kajakiem lub wynająć gondolę, fontannę, oraz absolutny hit: wspaniały pachnący ogród różany, który powalił mnie na kolana, a który przypomniał mi stare dobre czasy w le Thabor w Rennes (Francja).

Zwiedziliśmy też nowe śródmieście, w którym życie bardziej tętniło. Między innymi galerię handlową „Re-start” na świeżym powietrzu. Każdy sklep mieścił się w pomalowanym baraku budowlanym, a zamiast dachu rozpostarto zielone płachty przeciwdeszczowe. Obok stała scena, na której prezentowała się jakaś młoda artystka z zespołem. W „budzie” obok sprzedawano hotdogi, pizze oraz suvlaki czy coś w tym guście (grecki kebab).

Pojechaliśmy autobusem na plażę na przedmieściach Christchurch, czyli New Brighton. Dzielnica z aleją palmową (palmy tu są jednak o wiele niższe i grubsze niż te w Noumei) i drobnymi sklepikami jest perełką otoczoną typową zabudową przedmiejską typu USA: wszędzie niskie parterowe domki jednorodzinne z sidingiem, każdy stojący osobno, otoczony trawnikiem. New Brighton tętni bardziej młodzieńczym życiem: na wielu ścianach niczego sobie, a raczej wręcz piękne graffiti.

Wybrzeże nie ma nic wspólnego z wybrzeżem kaledońskim. Tutaj są fale rozbijające się o plażę, kawały gałęzi i drewna na piasku i zero koralowców. Na pierwszy rzut oka: Bałtyk :). Morze jest też oczywiście zimne. Nad plażą unosiło się paręnaście latawców, a punktem kulminacyjnym jest długie molo, na którym wędkarze łowią drobne ryby, a inni zastawiają pułapki na kraby.

Wracając autobusem do Christchurch znowu widziałam rozwalone budynki w innej części miasta. Między innymi salę kinową bez ściany, na której uprzednio wisiał ekran. Pośród gruzów widać było pnące się w górę siedzenia kinowe, które teraz zamiast filmów „oglądały” przejeżdżające autobusy i toczące się życie.

Christchurch jest ładnym, przyzwoitym miastem. Teraz służy głównie za tranzyt turystów do reszty południowej wyspy. Zrujnowane budynki i gruzy zrobiły na mnie piorunujące wrażenie, ale postawa ludzi, którzy optymistycznie patrzą w przyszłość jest czymś nieporównywalnie ważniejszym. Wokół śródmieścia duchów ogrodzonego płotem żyją bowiem ludzie, którzy nie mogą zostać zwyciężeni przez nic, bo wciąż walczą i pragną odbudowy jeszcze świetniejszego miasta.

Lotnisko w Auckland, Nowa Zelandia

Zwykły wpis

Jesteśmy w Christchurch, w bardzo przyjemnym hostelu, gdzie mamy darmowy internet :D. W związku z czym musiałam zamieścić jakieś fotki i notkę z podróży.

Wszystko zaczęło się w sobotę 9/02 w Noumei. Zamówiliśmy busik na lotnisko w Tontouta (ok. 45 min jazdy na północ z Noumei). Kierowcą była właścicielka firmy, babka spokojnie po 50tce z przepalonym głosem, bardzo otwarta i bezpretensjonalna. Podróż, która z początku miała być nudna i bezpłodna okazała się być wydarzeniem. Nasza pani kierowca opowiadała nam swoją karierę… w Moulin Rouge de Pacifique!!! Opowiadała nam, że jej kompania artystyczna (bardziej vodeville) liczyła 32 młode kobiety i 16 mężczyzn, którzy często tańczyli nawet lepiej od dziewczyn (i byli dość delikatni w obyciu). Opowiadała jak to robiła kostiumy z drogich kolorowych pończoch, koralików, perełek, dżetów, które przylepiała bezpośrednio na piersi dziewczyn i o dziesiątkach par butów, sukien, peruk, kapeluszy. O makijażu dziewczyn, że musiały mieć ciemnoczerwone usta,  i tak dalej i tak dalej. Podobno rzuciła to wszystko, bo tancerki opuszczały jej show zbyt często (gdy się zakochiwały).

Lot do Auckland był przyjemny, szczególnie, że mieliśmy safety instructions na filmiku z elfami, hobbitami i kapitanem-Gandalfem! Można obejrzeć na youtubie :

To było coś niesamowitego i pasażerowie śmiali się nieźle podczas instrukcji. Mieliśmy dobry obiad i mogliśmy grać w proste gierki albo oglądać filmy. Ja wybrałam sobie kawałek koncertu Coldplay Live 2012 ofkors :) i pół odcinka Doctora Who. Więc razem z instrukcjami bezpieczeństwa z Władcy Pierścieni, byłam bardzo zadowolona.

Na lotnisku w Auckland czekaliśmy w długiej kolejce do celników, żeby otrzymać wizę turystyczną. Pani zadała nam pytania po co przyjechaliśmy, gdzie zamierzamy przebywać, co zwiedzać i jak długo. Nawet udało mi się rozweselić celniczkę (chociaż nie należy mówić na granicy nieprzemyślanych słów), że będziemy poszukiwać hobbitów. Zaśmiała się i powiedziała „Good luck with that” [„to powodzenia”]. Mam więc w nowym paszporcie pierwszą pieczątkę! Visitor visa ważną 3 miesiące:).

Później trzeba było jeszcze zadeklarować czy nie mamy roślin, zwierząt, brudu na butach itp. Następnie nasze bagaże przeszły przez promienie Roentgena, żeby na pewno na pewno nie sprowadzić jakichś zarazków. Wszystko skończyło się dobrze i weszliśmy do terminalu przylotów. Tam natychmiastowo kupiłam kartę SIM do telefonu i podładowałam, żebym mogła dzwonić i rezerwować hotele, albo coś. W oczy rzucił mi się też stojak z różnego rodzaju gniazdkami elektrycznymi. Wtedy spytałam ekspedientkę, czy mają tutaj takie właśnie gniazdka, a ona że tak. Niewiele myśląc, dorwałam przełączkę z gniazdka europejskiego na nowozelandzkie i dzięki temu mam wszystko dziś naładowane!

Wybrzeże Nowej Kaledonii

 

Lotnisko w Auckland chwali się, że jest bramą do świata Tolkiena