Monthly Archives: Maj 2013

Moje numeańskie zachody słońca

Zwykły wpis

Nie mogłam się opanować, więc dokładam! Zachody słońca widziane z mojego balkonu. Plus stateczki, które wypływały z portu dzisiaj:).

Reklamy

Co ja plotę??

Zwykły wpis

Wczoraj miałam niesamowitą okazję iść na kurs tradycyjnego plecenia z liści! Okazuje się, że kurs taki organizowany jest w domach kultury przez urząd miasta i jest za darmo dla każdego chętnego.
Poszłam tam ze znajomą Kanak i szczerze mówiąc spodziewałam się, że będą tam same dziewczyny Kanak w sukniach misyjnych. Jakie było moje zdziwienie, gdy weszłam do świetlicy, a tam… same białe babki z Francji, średnia wieku… 50 lat? Prowadząca zajęcia też była biała i po 50-tce.
Myślałam, że kolejne 2 godziny mojego życia będą czasem zmarnowanym, szczególnie, że gdy moja znajoma mnie przedstawiła prowadzącej ta tylko spojrzała na mnie i nie mogąc ukryć rozczarowania (!), że przyszła kolejna osoba rzuciła na całą salę „proszę nie zapraszać na zajęcia więcej osób!”, zanim zdążyłam powiedzieć dzień dobry.

Potem było już tylko lepiej, bo nauczyłam się podstawowego splotu i zrobiłam wachlarzyk! Muszę się pochwalić, że poszło mi szybko i sprawnie i prowadząca sama powiedziała, że dobrze.

Na początku zajęć musiałam jednak kupić 10 wysuszonych liści jakiejś rośliny, która wygląda jak wielki dracena, a której nazwy nie pamiętam… Tym jednak się różnią te liście od liści palmy kokosowej, że muszą być wysuszone i poddane różnym zabiegom. Liście palmy kokosowej można zaplatać zielone.

Liście trzeba trochę wygładzić mniej więcej takim samym ruchem, jakbyśmy chcieli zrolować wstążkę za pomocą tępej strony nożyczek. W ten sposób liść jest bardziej prosty, a jego dolna część (która naturalnie jest sztywniejsza i grubsza, by utrzymać cały liść) bardziej elastyczna. Następnie musimy liść pokroić na węższe wstęgi. Robimy to za pomocą dużej igły: dziurawimy liść i następnie przesuwamy szybko igłę wzdłuż żyłek.

Otrzymane wstążki możemy już zacząć zaplatać

Efekt końcowy moich 2-godzinnych efektów jest zaskakujący :) W przyszłym tygodniu mam nadzieję, że będę pleść torebkę! :)

Chaty Kanaków

Zwykły wpis

Wioski Kanaków znajdujemy z trudnością, gdyż są poukrywane w cieniu drzew lub wysoko w górach. Ciekawe jest jak bardzo Noumea odcięta jest od tradycji kanak. Największe miasto Nowej Kaledonii przyciąga do pracy wielu Kanaków z prowincji i dzieli ich życie na dwie części: część miejską, gdzie pracują i spotykają się ze znajomymi i część tradycyjną: gdy wracają do wioski, gdzie są precyzyjnie zaszeregowani w hierarchii rodu i plemienia.

Charakterystycznym punktem wioski jest chata kanak. Miejsce spotkań, obrad, dyskusji lub rozstrzygania sporów. Rozsiane między drzewami znajdują się domy Kanaków, zawsze gdzieś w pobliżu chaty.

Wysiedliśmy z auta w pobliżu klifów Jokin na północy Lifou. Ledwo zamknęliśmy auto słyszymy, że ktoś nas woła ze swojego podwórka. Był to potężnej budowy Kanak z małą córeczką na ręku, drugą wyjmował jakieś belki ze swojego pickup’a. Zawołał do nas z daleka, że możemy wejść na jego podwórko i porobić zdjęcia chaty (case). Nic za to nie chciał, po prostu w Lifou przyzwyczajeni są do turystów. Chata rzeczywiście była imponująca, z rzeźbionym i udekorowanym muszelkami wejściem. W środku leżały maty, plastikowe i te wyplecione z trzciny.  Przed chatą stał maszt z powiewającą flagą kanak.

Bunia czyli kanakowy bigos

Zwykły wpis

Od samego początku pobytu w naszym plemiennym ośrodku, pytaliśmy Pascala – szefa i Emmę – kucharkę i jego żonę, czy możliwe będzie zdegustowanie tradycyjnej bunii. Mówili, że tak, ale jak to z Kanakami bywa lepiej powtarzać im codziennie przez trzy dni, niż potem żałować.

Odkryłam zresztą podczas paru dyskusji, że Kanakowie podkreślają najważniejsze wypowiedzi poprzez powtarzanie ich, ale nie co chwilę, tylko co parę godzin lub co dzień. No więc my tak samo. „Cześć Pascal, bo wiesz, ta bunia, to będzie, nie?” „O, cześć Pascal, nie wiem czy mówiłeś Emmie, że my zamówiliśmy bunię?” „Cześć Emma, jak mija dzień? Wiesz, jutro byśmy zjedli tę bunię” itd.

W końcu nadszedł ostatni wieczór naszych „wakacji”. Cały dzień był słoneczny, a wieczór pogodny, więc z upieczeniem bunii nie było problemu. Normalnie wypieka się ją w kamiennym piecu w ziemi. Światło w kuchni było wygaszone i nie było ani śladu naszych gospodarzy na posesji tuż przed posiłkiem. Już myślałam, że gdzieś pojechali i nie wrócili (szczególnie, że doktorowa mama widziała rano całą rodzinę wyjeżdżającą samochodem z posesji i Pascala z maczetą w ręku:) ). Parę minut później pojawił się pickup Pascala i wysiadła z niego Emma dzierżąc spore zawiniątko – bunię. Okazało się, że bunię przygotowuje specjalistka z innej wioski, oddalonej o kilkanaście kilometrów.

bunia

Bunia prezentowała się dumnie na stole w jadalni: na wyplecionej z trzciny osłonce leżała kolacja owinięta starannie liśćmi bananowca i zawiązana lianą.

Emma zaczęła pieczołowicie rozcinać pnącza liany i odwijać liście bananowca, by odkryć coś w rodzaju kanakowego bigosu.

Dlaczego bigos? Ani kiełbasa, ani tym bardziej kapusta kiszona nie mają miejsca w tej potrawie.

Składniki bunii to tak jakby przegląd kanakowej spiżarni: do naszej wrzucone były dwa kurczaki, dwa rodzaje ignamy (święta w tradycji Kanaków bulwa będąca odpowiednikiem naszych ziemniaków): czerwona i biała i banany poingo (banan-warzywo) wszystko w sosie z mleka kokosowego.

Bunia nie musi być na bazie kurczaka, może zawierać mięso ryby, owoce morza lub nietoperza-rudawkę (roussette). Tak. Nietoperza. Tak. Tu się je nietoperze. Nie. Jeszcze nie próbowałam.

Bunię przygotowuje się dość długo, no może nie trzy dni tak jak bigos, ale jednak towarzyszy temu tradycja i namaszczenie :).

DSCF4389

Co do smaku i wyglądu bunii w środku… nie wygląda to zbyt specjalnie ze względu na kolor czerwonej ignamy, który przypomina surowe mięso :).

bunia rozwinięta

W smaku jest dobra. Szczególnie mięso kurczaka, który przepełnia się aromatami kokosa i banana. Jednak trzeba przyznać, że kuchnia kanak nie interesuje się specjalnie przyprawami i wszystko co do tej pory jadłam było „doprawione” tylko i wyłącznie mlekiem kokosowym i ewentualnie sosem sojowym. Zaryzykowałabym więc tezę, że kuchnia kanak jest słodko-aromatyczna, bazująca na mleku kokosowym i ignamach.

Tradycyjne dania są dumą i częścią życia każdego narodu a poznawanie ich to poznawanie obyczajów i bardzo wzbogacające doświadczenie!