Monthly Archives: Lipiec 2013

Ile de Pins!

Zwykły wpis

Ostatni weekend spędziliśmy z Julem na pięknej rajskiej wyspie na południe od Noumei: Wyspa Sosen, Ile de Pins nazwana tak przez słynnego odkrywcę i kartografa Jamesa Cooka onieśmiela swoją urodą całą Grande Terre, czyli główną wyspę Nowej Kaledonii.

Jules’owi bardzo spodobało się robienie filmów, więc oto jego prawie samodzielne dzieło :). Dodatkowo, druga piosenka w filmie to zasługa grupy muzycznej, do której należy Jules i w której gra na saksofonie! Polecam ;)

Reklamy

Cagou, nielot kaledoński

Zwykły wpis

Ruch na blogu nieco mniejszy, bo ruch w mieszkaniu nieustający! Ledwo co Marion i Emilie opuściły nasze kaledońskie progi, a tu już przyleciał Jules, kuzyn Doktora. Bardzo mnie to cieszy, że w tym semestrze tyle osób nas odwiedza, bo daje nam to pretekst do zwiedzania Grande Terre i Wysp Lojalności, no i wiadomo, w grupie weselej.

Wreszcie więc dorwałam się do kompa i mogę z przyjemnością zacząć opisywać aktywny i obfitujący w przygody pobyt Emilie i Marion w Nowej Kaledonii.

Wszystko zaczęło się od dwóch dni na Południu. Celem naszej wycieczki był camping w Yaté, gdzie wcześniej spędziliśmy z Doktorem Wielkanoc. Dla przypomnienia:

https://liskaledonski.wordpress.com/2013/04/12/film-z-wielkanocy/

Oczywiście wtedy jeszcze nie wiedziałam, że dziewczyny wzięły sobie do serca zwiedzanie i wypoczynek nie miał prawa bytu w naszych planach. Na początek zwiedziłyśmy więc przepiękny Park Błękitnej Rzeki – Parc de la Rivière Bleue, który jest prawdziwą perełką kaledońskiego Południa.

Po pierwsze, rozlewisko Błękitnej Rzeki ma tak intensywnie niebieski kolor, że aż razi kontrast z czerwono-rudą ziemią. Właściwie, błękit i czerwień tak na siebie działają w tej scenerii, że w ludzkich oczach wzmacniają się na raz.

DSC05849

Po drugie, w Nowej Kaledonii drzewa przyzwyczajone są do siedzenia po pień w wodzie. Jest to tzw. Mangrove (w każdym języku świata Mangrove to mangrove, ale według Wikipedii po polsku są to „Namorzyny„. Wątpię czy w ogóle zapamiętam ten wyraz, więc uprasza się o  dopuszczenie wyrazu Mangrowa do słownika języka polskiego;) ). W Parku Błękitnej Rzeki mamy do czynienia z podobną ekstrawagancją: są to siwe, bezlistne pnie drzew wystające z wody niczym poszarpane pale, istny raj dla kajakowców. To miejsce nazywane jest La Forêt Noyée; czyli Zatopiony Las.

DSC05853

Po trzecie, park jest ogromny i jego zwiedzanie można spokojnie rozbić na kilka dni. Z Doktorem byłam w części południowej parku, bardziej górzystymi z poukrywanymi kaskadami i  strumieniami, w których się kąpaliśmy. Z dziewczynami zwiedziłam bardziej oddaloną północną część, która wiodła wzdłuż Zatopionego Lasu, poprzez siedliska cagou do wielkiego 1000-letniego drzewa typu kaori (na które natknęliśmy się też w Nowej Zelandii). Ale, ale! Tysiącletnie drzewo nie wygląda wcale jak stary dziadek o lasce, pochylony, obgryziony z kory i pusty w środku. Dąb Bartek nie ma w ogóle startu, bo drzewo, które widziało pierwsze blade twarze z ekipy Jamesa Cooka trzyma się naprawdę nieźle:

Przechwytywanie w trybie pełnoekranowym 2013-07-15 083121

20130619_131255

photo: Emilie

Ale co tam będziemy tyle gadać o drzewach. Najlepszą atrakcją parku są cagou [czyt. kagU], czyli bardzo rzadkie endemiczne ptaki, które zamieszkują już tylko kilka zakątków wyspy. Tak jak i kiwi w Nowej Zelandii, tak cagou w Nowej Kaledonii zostały zdziesiątkowane przez psy i inne zwierzaki, które zjadają młode. Cagou mają na szczęście schronienie w rezerwatach: Parku Błękitnej Rzeki i Parku Wielkich Paproci (o tym parku jeszcze napiszę w innej notce).

Ze względu na swoją wyjątkowość, cagou jest nieoficjalnym symbolem Nowej Kaledonii. Występuje na przykład w logo poczty kaledońskiej (mojej „ukochanej”):

Miałyśmy trochę szczęścia, bo idąc ścieżką wytyczoną specjalnie do obserwacji cagou udało nam się zauważyć parkę. Powiedziałam dziewczynom, żeby nasłuchiwały, bo nieloty, trochę większe od kury, na dość wysokich nogach, poruszają suche liście przechadzając się po lesie. Chwilę później parka ukazała się naszym oczom i przez gałęzie widziałyśmy czerwone dzioby i siwo-srebrne pióra, a na szczycie główek charakterystyczne „pióropusze” białych piór położonych spokojnie i właściwie opadających artystycznie na szyje ptaków.

Przechwytywanie w trybie pełnoekranowym 2013-07-15 124930

Zmachane tym długim spacerem po parku, postanowiłyśmy załapać się na busika. Nie miałyśmy biletów, które były do kupienia w kasie na samym początku parku, ale miałyśmy nadzieję, że jakoś się dogadamy z kierowcą i najwyżej jemu zapłacimy równowartość biletu, o ile oczywiście będzie miał miejsce.

Busik pojawił się z lekkim opóźnieniem i wyszedł z niego uśmiechnięty od ucha do ucha Kanak. Trochę się z nas pośmiał, że nie mamy już siły na powrót, ale stwierdził, że nie ma problemu, żebyśmy wróciły busikiem na początek naszej wędrówki. Podziękowałyśmy i wgramoliłyśmy się do busika, w którym było już kilka rodzinek australijskich ze słodkimi dzieciaczkami i jedna rodzinka francuska z – słodki Jezu – trzema trochę zbyt ruchliwymi synkami.

W pewnym momencie kierowca przyhamował dość ostro i kazał nam spojrzeć na prawo. Między gałęziami lasu tropikalnego zauważyliśmy srebrnego ptaka. Myślałam, że kierowca tylko zwolni na chwilę, żebyśmy się napatrzyli i pojedzie dalej, ale tak się nie stało. Nie dość, że zatrzymał samochód, to do tego wysiadł, zachęcił nas, żebyśmy poszli z nim w stronę cagou i zaczął kopać dziurę w ziemi patykiem, co bardzo zainteresowało ptaka. W końcu Kanak znalazł dżdżownicę i cagou z lekkim oporem zbliżył się do naszego kierowcy, łypiąc na robaka chciwymi oczami. Nie mogliśmy wyjść z podziwu, że ptak tak blisko podchodzi do ludzi. Co więcej, gdy był już bardzo blisko Kanaka, zanim jeszcze capnął robaka nastroszył pióra i rozłożył skrzydła niczym wachlarz, chcąc pokazać jaki to z niego niesamowicie straszliwy kozak. Tłum widzów wydał z siebie wielkiem „ooooch” zdumienia. Następnie cagou wydał z siebie dźwięk podobny do fukania kota i wziął robaka.

Przechwytywanie w trybie pełnoekranowym 2013-07-15 080721

Wszystko do zobaczenia na filmiku poniżej:

Co ja znowu plotę?!

Zwykły wpis

Jakiś czas temu chwaliłam się wyplecionym wachlarzykiem: https://liskaledonski.wordpress.com/2013/05/15/co-ja-plote/

Opowiadałam, że chodzę  na zajęcia co wtorek, żeby nauczyć się wyplatać tradycyjną kanakową metodą. Jako, że wachlarzyk został zrobiony dość szybko, z zapałem zabrałam się za coś trochę bardziej ambitnego: torba na zakupy.

Wyplatanie jest dość czasochłonne, bo poświęciłam na to 5 zajęć na razie (po 1,5 h każde) i końca nie widać :). W każdym razie wyplatanie z liści pandanusa (polskiej nazwy brak, chyba że mnie jakiś zapalony botanik oświeci:) ja bym go nazwała… trzcina pacyficzna;) )przynosi mi dużo radości! tym bardziej, że moja bardzo wymagająca instruktorka po raz pierwszy pochwaliła moją pracę dzisiaj! Po raz pierwszy usłyszałam z jej ust „parfait!” czyli perfekcyjnie, ha! Kto by pomyślał. Tym bardziej, że zabrałam się za wyplatanie po skosie, a nie w kratkę, jak na początku. Zresztą, zaraz wszystko wytłumaczę na zdjęciach.

IMG_3409

Oto moja blada twarz i dwie koleżanki Kanak: Claude Mai zaraz obok mnie, to prawie rodzina;) to ona zaprosiła mnie na zajęcia, a obok niej Endżi. Jak widać, wyplatam pierwszą warstwę torby bezpośrednio na drewnianym pudełku, w kratkę.

IMG_5523

Na zajęcia chodzę z torbą wypchaną pandanusem. Z torby wystają pocięte pasemka, których nie da się z żaden sposób ogarnąć!

IMG_5525

Liście plecie się wysuszone i poddane specjalnej obróbce. Tutaj rulonik 10 liści, które kupiłam po 70 franków za sztukę (= 2,50 zł za sztukę). Z jednego liścia otrzymuję 4 pasemka.

IMG_5527Przód torby został prawie dopleciony do końca, a bok torby stabilizuje pasemka, aby można je było prosto zapleść.

IMG_6649Efekt dzisiejszych zajęć: Projekt torby leży do góry dnem. Pierwsza warstwa zapleciona w kratkę została usztywniona kartonem, który teraz zaplatam po skosie. Szpilki trzymają pracę, aby się nie ześlizgnęła z kartonu.

Na następnych zajęciach nauczę się robić zakończenie torby i uszy :).

Hamilton przypomina o jesieni

Zwykły wpis

Jak już wspominałam, w Whangarei spędziliśmy dwa bardzo miłe dni. Przepiękna plaża, świecące robaczki, zielone łąki, nic tylko spędzić cały tydzień na północnym półwyspie. Roślinność i plaża przypominała nam Nową Kaledonię, ale zimna woda w lagunie przypomniała, że w Nowej Zelandii panuje jesień. Nic to jednak w porównaniu z tym, jakie przypomnienie o jesieni otrzymaliśmy rano w dniu wyjazdu. Padało jak z cebra, lało bez opamiętania i cała piękna kraina zamieniła się nagle w szarą, mokrą ulewę.

Stwierdziliśmy, że nic tu po nas , skoro tak leje i że dobrym pomysłem będzie ucieczka na południe. Skierowaliśmy się do Hamilton, które położone jest 270 km  na południe od Whangarei.

Miasto zaskoczyło nas… niestety negatywnie. Wyludnione, szare, brzydkie, bez żadnych charakterystycznych budynków. Nie pomagał fakt, że w Hamilton (i zresztą przez całą drogę) również lało, że hostel był nieciekawy i że było zimno;). Dzień spisaliśmy na straty, pocieszając się, że następnego dnia, o ile pogoda dopisze, pojedziemy do pobliskiego Matamata, gdzie Peter Jackson zbudował Hobbiton.

Popołudnie minęło nam więc na przemaczaniu butów, szukając czegoś interesującego w mieście, aż trafiliśmy na przyzwoitą japońską knajpkę:).

Następnego dnia, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pogoda się odmieniła i świeciło pełne słońce. Zanim jednak opuściliśmy przeklęty Hamilton, postanowiliśmy dać miastu ostatnią szansę:

http://www.newzealand.com/int/feature/hamilton-gardens/

Ogrody Hamilton!

I muszę powiedzieć, że miasto się obroniło.

Ogrody znajdujące się trochę za miastem są prawdziwym (i chyba jedynym niestety) klejnotem Hamilton. W recepcji przywitała nas miła pani w wieku 70+, która od razu opowiedziała nam co warto o tej porze roku zobaczyć w ogrodach i dała mapkę. Zaznaczyła nam na mapce najbardziej „lovely” części ogrodu i proponowała, abyśmy wycieczkę skończyli w kafejce nad stawem z kaczkami. Perspektywa ciekawa.

Ogrody Hamilton to nie tylko kwiaty i drzewa. Wpierw wychodzimy na swego rodzaju patio, z którego mamy dostęp do kilku ogrodów tematycznych: japońskiego, chińskiego, angielskiego, amerykańskiego z lat 60-tych, włoskiego neoklasycznego i indyjskiego! Szczęka opada. Ogrody zbudowane są z rozmachem: liczne są fontanny, stawy, mostki, tradycyjne budowle i charakterystyczne rośliny, oczywiście. Później przechodzimy do ogrodów zielarskich, warzywniaka i ogrodów staroangielskich.

No i oczywiście, nowozelandzkim akcentem w tym wszystkim był ogród maoryski ze straszącymi totemami reprezentującymi przodków i wojowników oraz spiżarnią ustawioną na wysokich palach.

Drzewa i krzewy malowały się różnymi kolorami, w tym ognistoczerwonym i żółciutkim jak kurczaczek. Hamilton przypomniał nam o jesieni, najpierw srogim deszczem, później pogodnym jesiennym dniem, pstrokatym i kolorowym wśród otaczających drzew.

Przechwytywanie w trybie pełnoekranowym 2013-07-02 163852