Category Archives: Nowa Zelandia

Nowa Zelandia – wspomnienie Północnej Wyspy

Zwykły wpis

Oto on. film, w który Doktor i ja włożyliśmy całe serce, ilustrujący naszą niedawną podróż po północnej wyspie Nowej Zelandii.

Zaczęliśmy od Auckland i Northland, czyli regionu na samym północnym czubku, a później zatrzymaliśmy się na chwilę w Hamilton, następnie w Matamata, czyli w Hobbitonie! Trzy dni zwiedzaliśmy Rotoruę, miasto usytuowane w regionie wulkanicznym, a na koniec zostały nam groty i jaskinie Waitomo.

W ramach bonusu: krótka wyprawa do Sydney :).

Hamilton przypomina o jesieni

Zwykły wpis

Jak już wspominałam, w Whangarei spędziliśmy dwa bardzo miłe dni. Przepiękna plaża, świecące robaczki, zielone łąki, nic tylko spędzić cały tydzień na północnym półwyspie. Roślinność i plaża przypominała nam Nową Kaledonię, ale zimna woda w lagunie przypomniała, że w Nowej Zelandii panuje jesień. Nic to jednak w porównaniu z tym, jakie przypomnienie o jesieni otrzymaliśmy rano w dniu wyjazdu. Padało jak z cebra, lało bez opamiętania i cała piękna kraina zamieniła się nagle w szarą, mokrą ulewę.

Stwierdziliśmy, że nic tu po nas , skoro tak leje i że dobrym pomysłem będzie ucieczka na południe. Skierowaliśmy się do Hamilton, które położone jest 270 km  na południe od Whangarei.

Miasto zaskoczyło nas… niestety negatywnie. Wyludnione, szare, brzydkie, bez żadnych charakterystycznych budynków. Nie pomagał fakt, że w Hamilton (i zresztą przez całą drogę) również lało, że hostel był nieciekawy i że było zimno;). Dzień spisaliśmy na straty, pocieszając się, że następnego dnia, o ile pogoda dopisze, pojedziemy do pobliskiego Matamata, gdzie Peter Jackson zbudował Hobbiton.

Popołudnie minęło nam więc na przemaczaniu butów, szukając czegoś interesującego w mieście, aż trafiliśmy na przyzwoitą japońską knajpkę:).

Następnego dnia, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pogoda się odmieniła i świeciło pełne słońce. Zanim jednak opuściliśmy przeklęty Hamilton, postanowiliśmy dać miastu ostatnią szansę:

http://www.newzealand.com/int/feature/hamilton-gardens/

Ogrody Hamilton!

I muszę powiedzieć, że miasto się obroniło.

Ogrody znajdujące się trochę za miastem są prawdziwym (i chyba jedynym niestety) klejnotem Hamilton. W recepcji przywitała nas miła pani w wieku 70+, która od razu opowiedziała nam co warto o tej porze roku zobaczyć w ogrodach i dała mapkę. Zaznaczyła nam na mapce najbardziej „lovely” części ogrodu i proponowała, abyśmy wycieczkę skończyli w kafejce nad stawem z kaczkami. Perspektywa ciekawa.

Ogrody Hamilton to nie tylko kwiaty i drzewa. Wpierw wychodzimy na swego rodzaju patio, z którego mamy dostęp do kilku ogrodów tematycznych: japońskiego, chińskiego, angielskiego, amerykańskiego z lat 60-tych, włoskiego neoklasycznego i indyjskiego! Szczęka opada. Ogrody zbudowane są z rozmachem: liczne są fontanny, stawy, mostki, tradycyjne budowle i charakterystyczne rośliny, oczywiście. Później przechodzimy do ogrodów zielarskich, warzywniaka i ogrodów staroangielskich.

No i oczywiście, nowozelandzkim akcentem w tym wszystkim był ogród maoryski ze straszącymi totemami reprezentującymi przodków i wojowników oraz spiżarnią ustawioną na wysokich palach.

Drzewa i krzewy malowały się różnymi kolorami, w tym ognistoczerwonym i żółciutkim jak kurczaczek. Hamilton przypomniał nam o jesieni, najpierw srogim deszczem, później pogodnym jesiennym dniem, pstrokatym i kolorowym wśród otaczających drzew.

Przechwytywanie w trybie pełnoekranowym 2013-07-02 163852

Neostrada z Auckland do Northland

Zwykły wpis

Zanim dojechaliśmy do Whangarei w Northland, musieliśmy przebyć niekrótką trasę na północ. Widoki były oczywiście cudowne, tak jak już pisałam, pastwiska i zielona trawa po horyzont. Jednak chciałam przedstawić ciekawostkę, która jest według mnie tak fascynująca, że muszę się nią podzielić. Ciekawostka ta to autostrada z Auckland na Północ. Ale nie byle jaka autostrada.

AUTOSTRADA

PŁATNA

PRZEZ

INTERNET

Autostrada bez bramek. Bez szlabanów. Tylko parę tablic informujących co kilkaset metrów o zbliżającym się wybryku drogowej natury.

Znalezione w necie: 3news.co.nz

Ostatni zjazd przed punktem kontrolnym prowadzi na stację paliw, gdzie można zapłacić 2,20$ za przejazd + 40 centów prowizji (!!!). Znaki drogowe zachęcają do zapłaty przez telefon lub internet przy pomocy karty kredytowej.

Można więc śmiało przejechać przez punkt kontrolny, nad którym stoją rampy z zawieszonymi kamerami, które zapisują zdjęcie tablic samochodu.

Od tego momentu kierowca ma trzy dni na uregulowanie opłaty za przejazd. Kierowca, który często przebywa tę trasę może wykupić przejazdy „na zaś”.

Po wpisaniu numeru rejestracyjnego, nasz wypożyczony samochodzik od razu został rozpoznany przez system. Jako że postanowiłam zapłacić po powrocie z Whangarei, mieliśmy do zapłaty trasę w dwie strony, co system sam wykrył.

tollroad.bmp

Czy jest to wygodne? Nie. Może gdyby można było płacić SMSem, ale dla turysty nie jest specjalnie wygodnie szukać specjalnie łącza z internetem, żeby zapłacić 2,20$. Czy mniej kosztuje Nową Zelandię? Wątpię. Niedawno Agencja ds. transportu NZ  umorzyła długi w wysokości 700 000 NZD czyli jakieś 1 800 000 zł niepłacącym kierowcom.

Wygląda na to, że jednak najprostsze rozwiązania są najbardziej efektywne, czyli bramka na wjeździe:  nie płacisz = nie jedziesz.

Whangarei: przedsionek Zatoki Wysp

Zwykły wpis

wyruszyliśmy z Auckland autostradą na północ, aby poznać bliżej region zwany po prostu Northland. Choć nazwa kojarzyć się może z lodowcami, śniegiem i mrozem, tak naprawdę spowita jest lasami tropikalnymi i najzieleńszą trawą jaką kiedykolwiek widziałam.

Miateczko położone jest w zatoce Parua, która wbija się jak nóż w śródmieście za pomocą małego portu. W porcie dziesiątki białych jachcików oraz sklepy z pamiątkami i restauracje w eleganckich domkach kolonialnych. Obok podobno światowej sławy muzeum zegarów (ale odkryłam po pewnym czasie, że na Północnej Wyspie NZ wszystkie atrakcje są światowej sławy według mieszkańców:) ). Poza tym uroczym zakątkiem i nowoczesną kładką dla pieszych, która spaja obie części miasta… nie było już żadnych ciekawych budynków. Rozciągało się normalne miasto, parterowe lub dwupiętrowe budynki zagospodarowały ulice i alejki handlowe. Chyba to najbardziej może przeszkadzać zwiedzającemu z Europy: brak zabytków. Brak starych omszałych cegieł, ruin… historii takiej, do której jesteśmy przyzwyczajeni i o którą się potykamy w naszej starej, ciasnej Europie.

Ale przecież nie jedzie się do Nowej Zelandii, aby oglądać miasta! Wręcz przeciwnie. Ogląda się naturę. Niespotykaną, dziką, a jednak jakoś delikatnie okiełznaną, którą da się obejrzeć z bliska, przy okazji nie niszcząc całego ekosystemu. Nasz hostel górował nad miastem. Rozciągał się z niego piękny widok na port, a nocą na całe rozświetlone miasto, które rozciągało się do niebywałych granic, biorąc pod uwagę jak małe jest samo centrum. Cichaczem dowiedzieliśmy się, że w pobliskim lasku, nocą, można zobaczyć „glow-worms” czyli nowozelandzkie świecące robaczki.

Wyruszyliśmy więc na polowanie z latarkami do pobliskiego parku i była to nasza pierwsza nowozelandzka eskapada, gdzie nie było żadnych wskazówek gdzie skręcić, gdzie spojrzeć itd. Z wahaniem weszłam w całkowitą czerń lasu tropikalnego na obrzeżach miasta. Małe latarki nie dawały tak mocnego światła, jakie by wystarczyło, żebym czuła się  komfortowo, ale cóż. Powiedziało się A, trzeba powiedzieć B. Z duszą na ramieniu szliśmy małą ścieżką. Po prawicy: wysokie leśne zbocze, po lewicy wąwóz z rwącym strumykiem, który tylko słyszeliśmy. Po 15 minutach marszu zatrzymaliśmy się i wyłączyliśmy latarki. Sekunda po sekundzie kontury zaczęły mi się coraz wyraźniej rysować przed oczami. W końcu blade punkciki zaczęły zamieniać się w gromadki jasnych seledynowych punkcików, które lekko świeciły w ciemności. Gdy przykucnęłam zobaczyłam, że od strony skarpy, między korzeniami drzew było całe mnóstwo nieruchomych punkcików. Zupełnie jakbym się schyliła i zobaczyła rozgwieżdżone niebo w jakimś przejściu do innego świata. Wtedy też postanowiłam jakoś sfotografować świecącego robaka w zupełnej ciemności. Efekt marny, ale i tak pokażę. Tak czy inaczej widzieliśmy robaki jeszcze pod koniec naszej wycieczki do NZ i bogatsza w doświadczenia i próby, udało mi się je sfilmować jak trzeba (film dojdzie na bloga później).

DSC05671

Oprócz ciemności fotografowałam też inne rzeczy :). Przyroda w Northland jest niesamowita, a w okolicach Whangarei byliśmy rozpieszczani:

DSC05664

Trochę dalej na północ odwiedziliśmy śliczną zatokę Matapouri, leżącą w pobliżu Zatoki Wysp: Bay of Islands. Wybrzeże w tym miejscu jest przpięknie rozerwane na strzępy, tworząc rajskie plaże z wyspami i wysepkami, klifami i urwiskami, a wszystko spowite w tropikalnych roślinach, oblane turkusowym oceanem.

Auckland – nowozelandzki Nowy Jork

Zwykły wpis

I znów wylądowaliśmy w najpiękniejszym miejscu na Ziemi. W lutym zwiedzaliśmy Południową Wyspę Nowej Zelandii od zniszczonego w trzęsieniu ziemi Christchurch po lodowce i fjordy otoczone tropikalną roślinnością. Nawet nie zdążyłam zamieścić zdjęć i opisać wszystkich najpiękniejszych zakątków Południowej Wyspy, kiedy znienacka pojawiliśmy się na Północnej.

I póki co, różnica jest znaczna.

Zacznijmy jednak od tego, co przypomina naszą poprzednią podróż. Wylądowaliśmy w Auckland tak jak i poprzedni. Tym razem jednak nie mieliśmy zaplanowanego lotu krajowego do Christchurch, a raczej szukanie samochodu do wynajęcia. Zadanie wydawać by się mogło łatwe w tak turystycznym kraju jak Nowa Zelandia z szerokim wachlarzem samochodów i do tego poza sezonem. Nie przewidzieliśmy jednak, że jest to weekend wyjątkowy: Nowa Zelandia jak i reszta Commonwealth świętowała w poniedziałek urodziny królowej. W związku z tym nowozelandzki długi weekend wygonił wszystkich z miasta, a razem z nimi samochody.

Stwierdziliśmy, że pojedziemy zatem do Auckland na nocne zwiedzanie i auto znajdziemy w niedzielę rano. Zabukowaliśmy hostel i kupiliśmy bilety na autobus do centrum. Wsiadamy do autobusu, a tam uśmiechnięty starszy pan za kierownicą od razu pyta gdzie chcemy jechać. Już zdążył przedrzeć nasze bilety, kiedy powiedziałam, do którego hostelu jedziemy.

– Oj, to lepiej poczekajcie jeszcze 10 minut na następny autobus. Ja jadę trochę inną trasą i ciężko by było wam wytłumaczyć, w którą stronę iść. Poczekajcie, a następny kierowca zostawi was bliżej hostelu i wskaże drogę.

Kierowca oddał mi przedarte bilety i może bym się tym trochę przejęła, gdybym nie miała doświadczenia z nowozelandzką dobrocią i luzem. Drugi kierowca zamknął mi drzwi przed nosem i zaczął się śmiać :). Ale w końcu nas wpuścił. Aha, chwilę przedtem piliśmy gorącą czekoladę z piankami marshmallows!!! Odmówiliśmy, bo brzmiało to dość niebezpiecznie, ale im dłużej o tym myślę, tym większą mam ochotę spróbować (podobne odczucie mam w związku z głęboko smażonym snickersem w Edynburgu).

Wylądowaliśmy w centrum Auckland w przyjemnym hostelu. Trochę zdziwiło mnie, że dzielnica była całkowicie azjatycka! Wypełniona japońskimi i koreańskimi knajpkami. W jednej z nich zjedliśmy fantastyczną kolację i, niestety, muszę dołączyć do niecnego grona ludzi prezentujących zdjęcia jedzenia na fejsbukach, twitterach i blogach, ale warto, bo jedzonko prezentowało się pięknie:

japonska restauracja

 

Natępnie poszliśmy zwiedzać miasto główną ulicą : Queen Street. Jako że był to weekend na ulicach było mnóstwo młodych ludzi już lekko zalkoholizowanych. Trudno było nie zwrócić uwagi na wiele pulchnych i wychudzonych dziewcząt w sukienkach kończących się na okolicach majtek (nie przesadzam). Miasto żyło późnym wieczorem.

Im dalej w stronę portu, tym nagle zaczęło wyrastać coraz więcej wieżowców. Wreszcie cywilizacja, po 6 miesiącach życia w małej Noumei. Auckland wyglądało jak mały nowozelandzki Nowy Jork, a przy wyjeździe z miasta towarzyszyła nam piękna panorama miasta: mały „Manhattan”. :)

auckland