Tag Archives: przyroda

Hamilton przypomina o jesieni

Zwykły wpis

Jak już wspominałam, w Whangarei spędziliśmy dwa bardzo miłe dni. Przepiękna plaża, świecące robaczki, zielone łąki, nic tylko spędzić cały tydzień na północnym półwyspie. Roślinność i plaża przypominała nam Nową Kaledonię, ale zimna woda w lagunie przypomniała, że w Nowej Zelandii panuje jesień. Nic to jednak w porównaniu z tym, jakie przypomnienie o jesieni otrzymaliśmy rano w dniu wyjazdu. Padało jak z cebra, lało bez opamiętania i cała piękna kraina zamieniła się nagle w szarą, mokrą ulewę.

Stwierdziliśmy, że nic tu po nas , skoro tak leje i że dobrym pomysłem będzie ucieczka na południe. Skierowaliśmy się do Hamilton, które położone jest 270 km  na południe od Whangarei.

Miasto zaskoczyło nas… niestety negatywnie. Wyludnione, szare, brzydkie, bez żadnych charakterystycznych budynków. Nie pomagał fakt, że w Hamilton (i zresztą przez całą drogę) również lało, że hostel był nieciekawy i że było zimno;). Dzień spisaliśmy na straty, pocieszając się, że następnego dnia, o ile pogoda dopisze, pojedziemy do pobliskiego Matamata, gdzie Peter Jackson zbudował Hobbiton.

Popołudnie minęło nam więc na przemaczaniu butów, szukając czegoś interesującego w mieście, aż trafiliśmy na przyzwoitą japońską knajpkę:).

Następnego dnia, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pogoda się odmieniła i świeciło pełne słońce. Zanim jednak opuściliśmy przeklęty Hamilton, postanowiliśmy dać miastu ostatnią szansę:

http://www.newzealand.com/int/feature/hamilton-gardens/

Ogrody Hamilton!

I muszę powiedzieć, że miasto się obroniło.

Ogrody znajdujące się trochę za miastem są prawdziwym (i chyba jedynym niestety) klejnotem Hamilton. W recepcji przywitała nas miła pani w wieku 70+, która od razu opowiedziała nam co warto o tej porze roku zobaczyć w ogrodach i dała mapkę. Zaznaczyła nam na mapce najbardziej „lovely” części ogrodu i proponowała, abyśmy wycieczkę skończyli w kafejce nad stawem z kaczkami. Perspektywa ciekawa.

Ogrody Hamilton to nie tylko kwiaty i drzewa. Wpierw wychodzimy na swego rodzaju patio, z którego mamy dostęp do kilku ogrodów tematycznych: japońskiego, chińskiego, angielskiego, amerykańskiego z lat 60-tych, włoskiego neoklasycznego i indyjskiego! Szczęka opada. Ogrody zbudowane są z rozmachem: liczne są fontanny, stawy, mostki, tradycyjne budowle i charakterystyczne rośliny, oczywiście. Później przechodzimy do ogrodów zielarskich, warzywniaka i ogrodów staroangielskich.

No i oczywiście, nowozelandzkim akcentem w tym wszystkim był ogród maoryski ze straszącymi totemami reprezentującymi przodków i wojowników oraz spiżarnią ustawioną na wysokich palach.

Drzewa i krzewy malowały się różnymi kolorami, w tym ognistoczerwonym i żółciutkim jak kurczaczek. Hamilton przypomniał nam o jesieni, najpierw srogim deszczem, później pogodnym jesiennym dniem, pstrokatym i kolorowym wśród otaczających drzew.

Przechwytywanie w trybie pełnoekranowym 2013-07-02 163852

Reklamy

Whangarei: przedsionek Zatoki Wysp

Zwykły wpis

wyruszyliśmy z Auckland autostradą na północ, aby poznać bliżej region zwany po prostu Northland. Choć nazwa kojarzyć się może z lodowcami, śniegiem i mrozem, tak naprawdę spowita jest lasami tropikalnymi i najzieleńszą trawą jaką kiedykolwiek widziałam.

Miateczko położone jest w zatoce Parua, która wbija się jak nóż w śródmieście za pomocą małego portu. W porcie dziesiątki białych jachcików oraz sklepy z pamiątkami i restauracje w eleganckich domkach kolonialnych. Obok podobno światowej sławy muzeum zegarów (ale odkryłam po pewnym czasie, że na Północnej Wyspie NZ wszystkie atrakcje są światowej sławy według mieszkańców:) ). Poza tym uroczym zakątkiem i nowoczesną kładką dla pieszych, która spaja obie części miasta… nie było już żadnych ciekawych budynków. Rozciągało się normalne miasto, parterowe lub dwupiętrowe budynki zagospodarowały ulice i alejki handlowe. Chyba to najbardziej może przeszkadzać zwiedzającemu z Europy: brak zabytków. Brak starych omszałych cegieł, ruin… historii takiej, do której jesteśmy przyzwyczajeni i o którą się potykamy w naszej starej, ciasnej Europie.

Ale przecież nie jedzie się do Nowej Zelandii, aby oglądać miasta! Wręcz przeciwnie. Ogląda się naturę. Niespotykaną, dziką, a jednak jakoś delikatnie okiełznaną, którą da się obejrzeć z bliska, przy okazji nie niszcząc całego ekosystemu. Nasz hostel górował nad miastem. Rozciągał się z niego piękny widok na port, a nocą na całe rozświetlone miasto, które rozciągało się do niebywałych granic, biorąc pod uwagę jak małe jest samo centrum. Cichaczem dowiedzieliśmy się, że w pobliskim lasku, nocą, można zobaczyć „glow-worms” czyli nowozelandzkie świecące robaczki.

Wyruszyliśmy więc na polowanie z latarkami do pobliskiego parku i była to nasza pierwsza nowozelandzka eskapada, gdzie nie było żadnych wskazówek gdzie skręcić, gdzie spojrzeć itd. Z wahaniem weszłam w całkowitą czerń lasu tropikalnego na obrzeżach miasta. Małe latarki nie dawały tak mocnego światła, jakie by wystarczyło, żebym czuła się  komfortowo, ale cóż. Powiedziało się A, trzeba powiedzieć B. Z duszą na ramieniu szliśmy małą ścieżką. Po prawicy: wysokie leśne zbocze, po lewicy wąwóz z rwącym strumykiem, który tylko słyszeliśmy. Po 15 minutach marszu zatrzymaliśmy się i wyłączyliśmy latarki. Sekunda po sekundzie kontury zaczęły mi się coraz wyraźniej rysować przed oczami. W końcu blade punkciki zaczęły zamieniać się w gromadki jasnych seledynowych punkcików, które lekko świeciły w ciemności. Gdy przykucnęłam zobaczyłam, że od strony skarpy, między korzeniami drzew było całe mnóstwo nieruchomych punkcików. Zupełnie jakbym się schyliła i zobaczyła rozgwieżdżone niebo w jakimś przejściu do innego świata. Wtedy też postanowiłam jakoś sfotografować świecącego robaka w zupełnej ciemności. Efekt marny, ale i tak pokażę. Tak czy inaczej widzieliśmy robaki jeszcze pod koniec naszej wycieczki do NZ i bogatsza w doświadczenia i próby, udało mi się je sfilmować jak trzeba (film dojdzie na bloga później).

DSC05671

Oprócz ciemności fotografowałam też inne rzeczy :). Przyroda w Northland jest niesamowita, a w okolicach Whangarei byliśmy rozpieszczani:

DSC05664

Trochę dalej na północ odwiedziliśmy śliczną zatokę Matapouri, leżącą w pobliżu Zatoki Wysp: Bay of Islands. Wybrzeże w tym miejscu jest przpięknie rozerwane na strzępy, tworząc rajskie plaże z wyspami i wysepkami, klifami i urwiskami, a wszystko spowite w tropikalnych roślinach, oblane turkusowym oceanem.

Lifou – tak wygląda raj

Zwykły wpis

Byliśmy na kwietniowo-majowym wypadzie na wyspę Lifou, która znajduje się na wschód od Grande Terre, czyli głównej wyspy Nowej Kaledonii.

Lot trwał tylko pół godziny z Noumei i wylatywaliśmy w niedzielę rano. Wszystko ładnie, pięknie, tylko pogoda paskudna, samolotem trzęsło niemiłosiernie, a na miejscu padało jak z cebra. Ulewy na szczęście były przelotne podczas dnia, a w nocy deszcz bębnił bez przerwy bite 11 godzin, po czym rano mieliśmy wymodloną słoneczną pogodę. Wyspa Lifou jest cudowna z tego względu, iż ma wspaniałe poukrywane plaże, z białym piaskiem i turkusową wodą. Na wschodnim wybrzeżu dodatkowo piasek miał konsystencję mąki, a plaża pokryta była milionami drobnych kamyczków z pumeksu. Co śmieszne, pumeks unosił się nawet na niektórych falach, co z początku wydawało się być grupą wodorostów albo zanieczyszczeń. Plaże i morze są jednak niesamowicie czyste i nieskalane cywilizacją.

Mieszkaliśmy w czwórkę z rodzicami Doktora w chatce nazywanej po francusku „paillote” [czyt. pajot], kształtem przypominającej tradycyjną chatę kanak „case” [czyt. kaz]. Chatka wyglądała tak:

To zdjęcie Liloreve – Lifou zostało udostępnione dzięki TripAdvisor.com

Dach chatki został zrobiony ze sztucznej słomy, w środku była wykafelkowana, a w ramach spania mieliśmy do dyspozycji super wygodne materace i pościel. Poduszki wypełnione były jakimiś roślinami z olejkami eterycznymi, chyba eukaliptus, które skutecznie odstraszały komary od twarzy.

Naszymi gospodarzami byli Pascal i Emma, małżeństwo Kanaków, które wyjaśniało nam różne zasady życia plemiennego.

Na samym początku naszego pobytu postanowiliśmy odprawić „coutume” [czyt. kutim] czyli obrządek. Chodziło o tradycyjny obrządek powitania plemienia. W tym wypadku obdarowuje się wodza plemienia drobnymi darami lub banknotem. My mieliśmy renomowane ciastka z Francji :). Mama Doktora przekazała ciastka, a Pascal – nasz gospodarz Kanak – podziękował nam w pięknych słowach. Powiedział, że dary nigdy nie są wymagane od turystów i że świadczy to o naszej otwartości i pragnieniu poznania innej kultury. Mówił też, że ludzie są jak liście na drzewie: tylko przez chwilę na tym świecie, i że to co się liczy to wspomnienia o miłych gestach i że nasz gest nie zostanie zapomniany.

Następnego dnia dostaliśmy w ramach upominku i podziękowania za ciastka kalendarze ze zdjęciami mieszkańców Lifou, bardzo ładne. Kanak, jak Polak, raz obdarowany zaczyna od razu obmyślać czym by się odwdzięczyć :).

Pierwszego dnia, mimo średniej pogody, pozwiedzaliśmy parę okolicznych atrakcji, takich jak molo, z którego obserwowaliśmy żółwie, kościół na wzgórzu, czy naturalne akwarium, w którym pływaliśmy i obserwowaliśmy rybki. Co do rybek filmik będzie wkrótce zmontowany tak jak i z reszty wyprawy, a oto przedsmak:

Mieliśmy też okazję wyruszyć na południe wyspy i zobaczyć niesamowite groty i skały z koralowców. Woda uderzająca o skały wyrzeźbiła niesamowite baseny naturalne.

IMG_5419

groty

Całą wycieczkę po grotach oprowadzał nas tamtejszy Kanak: Pierre, który odziany w t-shirt i pareo zawiązane na biodrach opowiadał nam o tamtejszych roślinach, legendach i pokazywał, gdzie i jak się wspinać, żeby wejść do groty. Koral ma to do siebie, że jest niesamowicie ostrą skałą, o którą łatwo się skaleczyć, ale też dzięki której łatwo można się wspinać, a nieregularne bryły koralowców tworzą naturalne schodki, poręcze i uchwyty. Na koniec Pierre zaprowadził nas na swoje podwórko, gdzie tata Doktora strącił za pomocą długiego uchwytu 4 kokosy. Pierre nauczył nas jak się je rozbija za pomocą maczety i mogliśmy napić się pysznego mleka kokosowego prosto z orzecha!

kokos

 

Pierre chciał nam pokazać jeszcze jedno miejsce, do którego mieliśmy go zawieźć. Nie mieliśmy drobnych, więc zapłaciliśmy mu więcej, niż proponował. Jak to nie pierwszy już raz zauważyłam, gdy daje się coś Kanakowi, stał się od razu bardzo poważny i z dumną miną podziękował. Po czym poprosił, żebyśmy najpierw podwieźli go do sklepu. Okazało się, że za nadwyżkę pieniędzy kupił nam po puszce piwa :). Następnie w końcu pokierował nas na ukrytą plażę z ukrytą grotą otwartą u góry, na środku której rosła palma:

grota z palmą

Na zdjęciu Pierre, Doktor i doktorowa mama.

Wakacje na Lifou były wspaniałe, oprócz tego, że jestem pogryziona przez komary (oprócz głowy dzięki kanakowej poduszce;) ) i nogi mam obtarte od koralowców. Takich plaż nie widziałam nigdzie, a trochę już w Nowej Kaledonii siedzę. Ludzie byli nadzwyczaj przemili,a  nie od dzisiaj wiadomo, że jestem wielką wielbicielką Kanaków. :)